Czego jeszcze nie wiecie o pracy intendenta?

Znajomi pytają czym się zajmuję, na czym polega moja praca.

Kiedy opowiem im w skrócie, że głównie to układanie jadłospisów dla dzieci szkolnych i przedszkolnych, oraz zaopatrywanie kuchni w niezbędny ku tworzeniu tych posiłków, mówią: łatwizna.

Czego jednak nie wiedzą?

O  obowiązku prowadzeniu dokumentacji sanitarnej  wg  zasad GMP (dobra praktyka  produkcyjna)  i  GHP (dobra praktyka higieniczna) oraz znajomości procedur sanitarnych (w tym HACCAP), które są skrupulatnie kontrolowane przez Państwową Inspekcję Sanitarną.

Nie wiedzą również o tym, że wymagana jest umiejętność pobierania i rozliczania zaliczek, naliczanie i przyjmowanie opłat za żywienie, zabezpieczanie środków pieniężnych, zgodnie z procedurami – a przecież do księgowej mi daleko. Znajomi mówią: przecież to proste, ale zapominają o piętnie komisji, kontroli i innych wytycznych, narzucanych przez Państwo, Powiat i Gminę oraz samego Dyrektora Szkoły. O masie przepisów, zarządzeń, statusów  i rozporządzeń, z którymi muszę być na bieżąco.

Nie wiedzą, że jadłospisy muszą być zgodne z najnowszym Rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 26 sierpnia 2015 r. i jego załącznikiem 2, dotyczącym wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach.

Jako absolwentka studiów opierających się o żywienie człowieka teorię mam opanowaną, jednak w praktyce dochodzi do zderzenia niczym z rozpędzonym pociągiem. Okazuje się, że Panie kucharki nie potrafią gotować zgodnie z rozporządzeniem. Przerażają je ograniczenia soli i cukru jakie im narzucam. Placówka nie jest przygotowana do serwowania takich ilości surowych owoców i warzyw, a gmina nie przeznacza odpowiednich środków na zakup świeżo wyciskanych soków czy miodu z pasieki. Co za tym idzie, obiady nie są takie jak w domu, dzieciom odcięto glutaminian sodu i nagle wszystko wydaje im się bez smaku. Uzależnione od umami, nie potrafią docenić aromatu ziół jakie dla nich zamawiam. Sól niskosodowa oszukuje nieznacznie ich kubki smakowe. Ziemniaki bez sosu są nieakceptowalne. Wszelkie propozycje zielonych dodatków są odrzucane. Wymyślne dla nich ratatouille, zupa neapolitańska z makaronem razowym, czy pesto “idą w kanał”. Dzieci wracają do domu nienajedzone. Serwowane im jogurty naturalne lądują w śmietniku. Rodzice są oburzeni. Otrzymuję telefony z zapytaniem kiedy obiady będą smaczne. Nagle przestaje mieć znaczenie czy są zdrowe. A to przecież właśnie ich apele skłoniły Ministerstwo do ustalenia takich, a nie innych zasad. Dzieci są coraz bardziej otyłe, a jedynym ratunkiem mają być dla nich obesitologowie. Powstaje błędne koło, w którym dla mnie jako dietetyka i technologa żywności zaczyna brakować miejsca. Społeczeństwo nakazuje stać i biernie obserwować co się wyprawia.
Staję się bezradna wobec własnego zawodu, a przecież miała być taka “łatwizna”.

Zostaw swoją opinię:

O autorze

Absolwentka Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, z dyplomem inżyniera ukończyłam tamtejszą Technologię Żywności i Żywienia Człowieka, a następnie zdobyłam dyplom magistra z Dietetyki. Aktualnie pracuje jako intendent w szkole podstawowej, dorywczo zajmuję się układaniem jadłospisów dla swoich podopiecznych i prowadzę zajęcia fitness w wiejskiej świetlicy.

Loading...
Udostępnienia